RSS
niedziela, 14 września 2008
Dni 11,12 i 13

O poranku grupka desperatów zebrała się aby pójść po jedzenie do sklepu. Gdy już je spożywaliśmy odwiedził nas przemiły pan w stanie wskazującym na regularne, parodniowe spożywanie taniego alkoholu. Mówił po węgiersku, wtrącając tylko co jakiś czas "adios amigo". Bardzo zaprzyjaźnił się z Andrzejesiem i pograł z nami w piłkę- oczywiście z przerwami na łyczka pysznego piwa "Borsodi". Dzień płynął leniwie, gdy na boisko wkroczyli dwaj chłopcy z zamiarem pogrania w piłkę. Niedługo potem dołączyła ich jeszcze trójka, w tym pogodny osobnik z koszulką Francesco Tottiego oraz niegrający, aczkolwiek komentujący z uczuciem sytuację na boisku młodzieniec. Na początku granie z nimi szło nam nieco ciężko, niemniej po pewnym czasie, gdy ustaliliśmy taktykę zgodnie z wynalezioną w Kawkowie myślą przewodnia "naje***sz, napie***sz" osiągneliśmy przewagę na boisku. Każdy zaliczył parę bramek i asyst, zaś zabawa zakończyła się dopiero gdy jeden z naszych węgierskich przeciwników zgubił wkręt z korków. Wieczorem raczyliśmy się winkiem i patrzyliśmy w niebo, które obrodziło grosem gwiazd, także tych spadających.

Następnego dnia szybko zwinęliśmy obóz i wskoczyliśmy do pociągu jadącego do Puspokladany, gdzie mieliśmy zdecydować dokąd jedziemy- Budapesztu, Egeru czy Tokaju. Mikołaj musiał już wracać do vaterlandu, toteż pożegnaliśmy go i postanowiliśmy pojechać do Tokaju. Wlokąc się i przesiadając w Nyireghazie, dotarliśmy do ojczyzny Wina Królów I Króla Wśród Win późnym popołudniem. Początkowo zastanawialiśmy się nad campingiem, który jednak był niewiele tańszy od lokum, które znalazł sprytny Andrzejesio z Komorowa. Otóż porozumiał się on z pewnym Węgrem, który wynajął nam dom za naprawdę niewielkie pieniądze. Cały dom! Urządzony a la buzująca kolorami estetyka wczesnych lat 90-tych na wsi. Sam Węgier ujął nas swoją deklaracją, kiedy wskazał jeden z pensjonatów, pokręcił głową i zdecydowanie odradził nocowanie w nim mówiąc "Das ist jude". Złoty człowiek. Dzień zakończyliśmy pysznymi zupami (gulaszową i rybną) w miejscowej knajpie. 

Jeszcze gdy wysiadaliśmy z pociągu na dworcu tokajskim, planowaliśmy tylko jedną noc w tym przepięknym miejscu, na szczęście stosunkowo niskie ceny kwatery przekonały nas do pozostania na jeszcze jeden dzień. Kiedy Staś i Woykers aktualizowali dziennik, Maryja, Michaił Witoldowicz oraz Andrzejesio udali się ku miejscowym winnicom aby zażywać przyjemności zawartych w winoroślach. Tego dnia kawaler Woyke spełnił daną jeszcze w pociągu jadącym z Krakowa obietnicę i udał się do miejscowego golibrody, a raczej golibrodziny. Ta wykonała swój obowiązek świetnie i to za mniej niż 10 zł! Jedliśmy langosze, oglądaliśmy miasteczko, zaś wieczorem skorzystaliśmy z faktu posiadania przez naszego gospodarza unikalnych w swej kiczowatości karafek i kieliszków.

23:55, zpodrozy
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 września 2008
Dzien 8,9 i 10 zdjecia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

15:42, zpodrozy
Link Dodaj komentarz »
Dzien 9 i 10
dzien 9

Rano po oszednym sniadanku ktore bylo w cenie udalismy sie na miasto aby szerzyc warszawskie lansiwo i obnoscic sie z kokosowo -ananasowym, wdziekiem. Niestety nasze plany spalily na panewce poniewaz po pokonaniu miejskiego deptaku gore nad nami wziol przeciwnik o nazwie upal. Swoimi slonecznymi mackami pokonal nas szybciej niz radziecki mroz szwabskich soldatow. Starczylo nam sil tylko na zwiedzenie ksiegarni i wypicie lemoniady, udano sie wiec do hotelu na przedwczesnna sieste. Woykers zdolal sie jeszcze poczolgac po miescie. W czasie swojej wedrowki odnalazl bar mleczny a takze synagoge -otwarta w przeciwienstwie do opuszczonej ktora widzielismy poprzedniego dnia na spacerku. Woykers zwiedzil boznice po ktorej oprowadzal go stary zyd. Mowil mieszanka wegierskiego, rumunskiego i jidisz. Byl absolutnie pewien ze turysta z polski doskonale wszystko rozumie. Gdy wszyscy zebralismy sie w hotelu i policzylismy pieniadze zapanowala pewna konsternacja na temat stanu finansow. Poskutkowalo to decyzja o udaniu sie do wyzej wymienionego baru mlecznego. Knajpa byla dosyc... biedna. Trafilismy na resztki jedzenia z ktorych najciekawszym smakiem odznaczaly sie parodniowe frytki i panierowane kaszkawaly ktore prawdopodobnie gotowano miesiac w garnku z olejem... Z tego wszystkiego powaznie mowiac najlepsza byla zimna zupa warzywna z miesem. Z ciezkimi zoladkami udalismy sie do hotelu aby wieczorem rozmawiac o zyciu, kobietach, degeneracji obyczajow i pieprzonych czerwonych komuchach.

W zwiazku ze wspomnianym zmeczeniem portfeli i planami zobaczenia Wegier udalismy sie za zachodnia granice. Zgodnie z wczesniej ustalonym brakiem taktyki wysiedlismy we wsi ktora wydawala nam sie przyjemna. Zwala sie Barand. Rozbilismy namioty zaraz przy stacji kolejowej obok boiska pilkarskiego. Zostalismy obdarowani przez mieszkancow pysznym chlebem i miodem, zas wieczorem wykapalismy sie pod pompa.
15:09, zpodrozy
Link Dodaj komentarz »
Dzien 8
rano pierwszy wstal stasiek ktory podazyl ku komputerowi by zaktualizowac nasz internetowy dzienik podrozy. Dosyc leniwie przebiegalo pakowanie sie i poranna toaleta, nie mniej w koncu udalo nam sie zostawic bagaze w hotelu i pojsc na sniadanie. po poludniu pojechalismy na dworzec gdzie zakupilismy bilety do Oradei zas wczesniej Stas, Michail i Andrzejwicz stworzyli profesjonalne urzadzenie ktore znacznie ulatwilo nam transport ksiazek. sklada sie ono ze szczelnie obklejonych tasma kartonow i pasow podobnych do tych ktorymi przypinamy sie w samochodach. Podroz do Oradei odbylismy jednym ze slynnych taborow kolejowych. Pommio ze sa one nowoczesne i oplywowe, nie moga szybko jezdzic z uwagi na to iz zapomniano wymienic stare tory. Nie zmienia to faktu ze toaleta na pokladzie i caly system czyszczenia ustepu z ekskrementow zadowolilyby nawet Japonczyka o niemieckiej mentalnosci. Do miasta ktore szwaby zwa Grosswardein dotarlismy poznym wieczorem. Przywyczajeni do groszowych cen rumunskich taksowek smialo polecilismy dwom kierowcom zeby nas powiezli w kierunku lokalnej starowki. Mielismy zamiar zgodnie z rada przewodnika przenocowac w pobliskim gimnazjum im. Endre Ady'ego. Taksowkarze podyktowali zlodziejskie ceny, niemniej dostalismy od jednego z nich cenna rade. Otoz gimnazjum okazalo sie byc liceum i na dodatek nie czynnym, niemniej wspomniana cenna rada skierowala nas do hotelu Park -jednogwiazdkowej dumy metropoli. Elewacja zaslonieta byla rusztowaniami ale wnetrze wygladalo tak ze wszyscy marzymy o tym aby nigdy nie przeszlo renowacji.

Pierwsze wrazenie na widok hotelu? Recepcjonistka to wampir (blada, para czarnych oczu). Po 5 minutach wszyscy wiedzieli ze nie jest to zwykla kamienica secesyjna tylko idealna nora dla wszystkiego co straszy. Odnowiona tylko na tyle by niska cena zwabic do srodka 6 mlodych ludzi by wyssac z ich cial wszystko co sie da, lacznie z galkami ocznymi i szpikiem kostnym. Klimat niesamowity. Pokoje wysokie na 4 metry, gdzieniegdzie witraze, ogromne piekne drzwi do wszystkich pokoi i prysznice do ktorych trzeba dojsc przez balkon. W calym tym przepychu pomieszanym z brzydota bylo cos co na poczatku przerazalo i dzialalo na wyobraznie ale potem bylo ekstra. Nikt za bardzo nas nie kontrolowal wiec moglismy chodzic tam gdzie nie powinnismy byli. Bylismy na wielkim strychu. Stas i Woykers byli w piwnicy i zwiedzilsmy zamkniete skrzydlo budynku. Po zmroku wszystko robilo sie upiorne...

Wieczorem trafilsmy na swietny koncert jazzowy w knajpie przy hotelu.
14:51, zpodrozy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 września 2008
Dzien 6 i 7

12:21, zpodrozy
Link Komentarze (1) »
Dzien 7 (04.09.2008)
Insomia zdecydowanie nam przypasowala dlatego tez dzien rozpoczelismy od odwiedzenia tego Miejsca. Po milym rozpoczeciu dnia postanowilismy ruszyc na miasto. Niedaleko Insomi znalezlismy ciekawie wygladajacy antykwariat o nazwie "Alfia". Pomysl wstapienia don byl jednym z najgoryszych jakie nam wpadly do glowy podczas calego wyjazdu. Wszyscy wydalismy znacznie wiecej pieniedzy niz powinnismy a i tak za malo niz chcielismy. O tej wizycie do dzisaj przypomina nam karton ksiazek o wadze 29.435 kilo... Ale wydaje mi sie ze posiadanie ilustrowenej, przepieknie wydanej encyklopedii Larousse`a z roku 1916 jest warte duzych pieniedzy i litrow potu wylanego przy transportowaniu tegoz dziela. Chyba kazdy z nas znalazl jakis fascynujaca go ksiazke lub album, po zakupach obiecalismy sobie ze bedziemy jesc juz tylko bulki, spac pod namiotami, krasc kielbasa rumuna ze stolu i kupowac wodke w plastikowych butelkach za 5 zl za 0.5 litra. W ramach oszczednosci Michail i Mikolaj kupili sprej. W jakis sposob trzeba bylo zaznaczyc najciekawsze miasto tej podrozy. Wielka eLka w koronie dla Kluzu (Cluj).
Przyzwyczajeni do tego ze nikt w okolo nas nie rozumie nie oszczedzalismy sie w slowach. Gdy wszedlem do pokoju zdzwiliem sie brakiem obecnosci Michaila, Mikiego, Merry i Andrzejesia wiec zapytalem Wojewode "k***a, gdzie sa te kutwy?". Dziewczyna stojaca w kacie pokoju odpowiedziala po polsku: "chyba wyszli na dach". Wiedzialem ze kiedys sie przejedziemy na stosowanie swobonej maniery przy wyrazaniu naszych emocji. Ale i tak sie ciesze bo moglo byc znacznie gorzej. Na dachu przy uzyciu spreja zostawiono calkiem elo dla Kluzu. Niestety musielismy szybko z niego zejsc poniewaz mielismy podejrzenia ze okoliczni sasiedzi to konfidenci z powolania (w ich oczach widzielimy tylko litery S-E-C-U-R-I-T-A-T-E).
Wieczorem udalismy sie na miasto razem z 4 osobowa ekipa z niemiec. Zaskoczenie bylismy mnogoscia tematow ktore podejmowalismy oraz otwartoscia i niepoprawnoscia polityczna ktora zaprezentowaly Niemki. Szczegolnie powazna wymiana zdan odbyla sie na schodach uniwersyteckich, podczas ktorej poruszono takie tematy jak odradzanie sie niemieckiej tozsamosci narodowej i patriotyzmu. Rozmowy przeciagnely sie do wczesnych godzin porannych. Bylismy bardzo pozytywnie zaskoczeni i zaprosilismy dziewczyny do Polski. Miejmy nadzieje ze nidlugo odwiedza nasz piekny kraj.
12:16, zpodrozy
Link Dodaj komentarz »
Dzien 6 (03.09.2008)
Dzien rozpoczolby sie rutynowa pobudka i powolnym odzywaniem, niemniej w nocy nasze skromne obozowisko nawiedzili wyposzarzeni w "skuter i przyczepiony do niego reflektor" (cytat z michala witoldowicza rawskiego) Rumuni. Byli mlodzi, nabuzowani hormonami i prawdopodobnie pod wplywem napojow wyskokowych. Obudzili oni mikolaja oraz innych (pewne problemy byly ze staskiem). Warto wspomniec ze Woykers, ktory ma najwieksze ze wszystkich problemy ze snem, niczego nie slyszal i spal jak zabity (nie, nie pod wplywem alkoholu). Goscie uzywali bogatego zasobu angielskiego slownictwa na ktore skladaly sie 4 zwroty: my friend, look in to my eyes!, fish i fire. Naszczescie nic zlego im nie zrobilismy.
Poznym porankiem poczyniono szybkie zakupy, kapiel w wodzie z niebiezpiecznie wysoka zawartoscia zwierzecych ekskrementow i zelaza. Nastepnie udalismy sie na dworzec, z ktorego ruszal pociag do Alba Iulia. Wsiedlismy do obskurnego pociagu i o ile wczesniej podroze zdawaly sie przebiegac bardzo szybko, o tyle ta z powodu upalu i powszechnie odczuwalnego smrodu stali ciagnela sie niczym serial brazylisjski.
Do miasta znanego z pozostalosci rzymskich budowli i piekne zachowanej cytadeli dotarlismy glodni i wyczerpani. na dodatek nie zrobilo na nas wrazenia wiec zjedlismy pizze (piotrek Andrzejwski wybral spagheti ala carbonara ktore okazalo sie makaronem z kielbasa, niemniej urzeczona piotrkowa aparycja kelnerka zaupregdowala danie dodajac smietanowy sos) i poszlismy do informacji kolejowej sprawdzic godziny pociagu do Kluzu (Cluj). Andrzejsio, Miki, Stas, Woykers postanowili jechac pociagiem o 19.13 zas Michail i Maryja zdecydowali sie pozostac jeszcze pare godzin w miescie, ktore choc brzydkie z nazwy posiadalo piekna cytadele. Ich losy, az do momentu wsiascia do pociagu znaczyly: kawka, kamieniczki, i tanczacy na dworzu Cyganie. Czworka wspanialych dotarla do kulturowej stolicy Siedmiogrodu. O 21 zakwaterowala sie w Retro Hostelu, ktory zaskoczyl mloda i mila obsluga. Nastepnie wiedzeni pragnieniem wypicia czegos poszlismy szukac jakies milej knajpki. Probowalismy dlugo i gdy juz prawie stracilismy nadzieje objawila nam sie zachwalana w przewodniku klubo- kawiarnia Insomia, z tanimi drinkami i urodziwym, minimalistyczno- poganskim (malunki prosiakow i owiec na scianach!) wystrojem. Calkiem dobrze oceniono umiejetnosci miejscowych barmanow. Pomiedzy 1 a 2 godzina cala 6 spotkala sie przed hostelem i zgodnie udala sie do krolestwa Morfeusza.
11:42, zpodrozy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 września 2008
Dzien 5 (02.09.2008)
Rankiem zabralismy sie i poszlismy na dworzec, ale przed tym wstapilsmy na pyszne buleczki z kaszkawalem (ichniejszym serem), jablkiem oraz miesem. Zapomnialem opowiedziec, ale juz poprzedniego dnia zjedlismy tam buleczki. Wypiekala je kobieta, ktora gdy dowiedziala sie ze jestesmy z Polski zaspiewala "Hej sokoly"!. Nie omieszkalismy jej dzis tego zaspiewac. Wracajac do meritum wsiedlismy do pociagu jadacego w strone Mediaszu (Medias) niemniej wysiedlismy przy pierwszej lepszej wsi ktora wydawala nam sie ladniejsza od calej reszty. Tam rozbilsmy sie na pastwisku przy rzece. Wioska nie nalezala do najbogatszych wiec sklep byl raczej kiepsko zaopatrzony a jedyny alkohol jaki byl do kupienia do 2 litrowe wino za 4,20 (ceny w zlotowkach!) lub 0.5l wodki stalinskaja w plastikowej butelce z plastikowym korkiem za niecale 6zl.
09:24, zpodrozy
Link Komentarze (1) »
Dzien 3, 4 i 5 (31.08.2008-02.09.2008) Zdjecia

 

09:14, zpodrozy
Link Dodaj komentarz »
Dzien 4 (01.09.2008)
Z samego rana ruszylismy na miasto. Zeszlismy z gory dosc stromym zboczem i podazylismy ku starowce ktora oplatala gore. W knajpie nieopodal katolickiego kosciola zostalismy obsluzeni przez barmana z powazna i sciagnieta twarza. Lal on nam piwo tak by stworzyc jak najwiecej piany. Prawdopodobnie godzine wczesniej przylapal zone i najlepszego kumpla w dwuznacznej sytuacji (podobno w calym tym zdarzeniu byl zamieszany pies sasiada). Zniesmaczeni udalismy sie ku dlugim, zadaszonym schodom szkolnym. Prowadzily one na szczyt gory, ktora wienczyl calkiem interesujacy kosciol z XV.
Nieopodal swiatynii znajdowal sie cmentarz ktory zwiedzala trojka w skladzie Woykers, Stan i Piter A. Zrobil on wielkie wrazenie i sklonil do refleksji. Mnogosc niemieckich nazwisk i obecnosc grobow wegierskich oraz znikoma ilosc Rumunow daly nam obraz balkanskiego tygla. Znalezlismy duzo bardzo starych nagrobkow z motywem rosliny oraz ksiegi. Caly cmentarz byl zarosniety i piekny w swoim zaniedbaniu. Byl tez oddzielny teren dla austrowegierskich gierojow z I wojny swiatowej (wiele nagrobkow muzulmanskich!) oraz poswiecony niemcom poleglym w latach 1914-1918 obelisk ucharakteryzowany na poganski co dalo nam powod do wymiany zdan o animozjach i poganskim charakterze nazizmu. Schodzac z gory spotkalismy przemilego Rumuna, ktory doprowadzil nas do swietnej knajpy z miejscowymi przysmakami. Tam rozanielilismy sie nad mamalyga, gulaszem, czosnkiem i smietana i ogolna harmonia w zoladkach. wieczor spedzilismy przy ognisku.
09:12, zpodrozy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Archiwum